Image Hosted by ImageShack.us

"celowość"

Tą stronę...
każde moje słowo o zdarzeniach...
...I każde zdarzenie w słowach...
wszystko co dla duszy...
...I co dla ciała...
Każdą sekundę mojego życia...


This page...
every word about happening…
…And every happening in words
Everything what’s for mind…
…And for body
Each second of my life…

KONCENTRAT – wiele dodać, nic ująć…

Są różne teorie na temat kształtowania się osobowości. Jedni mówią, że charakter dostajemy w genach, drudzy że dziecko to niezapisana kartka papieru na której wdrukowywuje się całe otoczenie nowego obywatela Ziemi. Dla kontrastu kolejna grupa ludzi uzna wszystko co napisałam za brednie…
Ja jednak uważam że moja osobowość jest zbudowana na wszystkich moich wartościach, doświadczeniach i pomysłach. Jestem odbiciem swojego własnego wyobrażenia, mimo że wiem że moją postać wykreował Bóg, który jest Reżyserem Mojego Życia…

niedziela, 13 lipca 2008

"długość dźwięku samotności i zagojone blizny"

>>napisane gdzieś na kolanie, po drodze...<<

co, jak i dlaczego...i gdzie ja byłam przez ten cały czas jak mnie nie było...To był czas kiedy nie stać mnie było na najdrobniejszą ekspresje od siebie...a może i nawet to dobrze że nie miałam ochoty na uzewnętrznianie tego co przeżywałam...Ostatnie wydarzenia na pewno trochę mnie zmieniły...moje ego nabrało dość dużo nieufności, pesymizmu...staram się tego pozbyć, ale to nie jest takie proste...

Jest taka piosenka, której fragment brzmi "miłość tuli się do słowa "było"...tak dobrze miała tu, że nie wie dokąd pójść..."...I tak też jest w moim przypadku...Wszystko to, co obudziło we mnie filozoficzną duszę wrażliwego człowieka, sprawiło mi także niewymowny ból i cierpienie...to wszystko było tyle razy większe ode mnie, że chyba nawet nie powinnam ośmielać się tego opisać...Z kolei z jeszcze innego punktu widzenia te wszystkie przykre doświadczenia poszerzyły moje horyzonty...do kolekcji mam jeszcze jeden pryzmat, przez który mogę patrzeć na świat...

Całe moje uczucie jakim obdarzyłam A. z powodu braku możliwości dotarcia do celu, wracało do mnie promieniem wywołującym tępy, niefizyczny ból...A. zostawił mnie nagle...bez zrozumiałych dla mnie powodów...to, dlaczego tak się stało że nie jesteśmy razem, było jest i będzie znane tylko jemu...A to wszystko boli...bardzo...Po tak długim czasie oczekiwania, wartowania, żywienia nadziei...Po siedemdziesięciu dwóch dniach nieustannego myślenia o nim, wyczekiwania, wszelkich wyrzeczeń bez których jego powrót mógłby się opóźnić...Zrobiłam wszystko co w mojej mocy, dosłownie poruszając niebo i ziemię...Wszystko to co przeżyliśmy razem, wszystkie te zwyczajne i niezwyczajne wydarzenia które nas połączyły...Wszystko to on chciał zakończyć jednym, zimnym mailem bez powitania i podpisu..."Jestem zaręczony gdzieś od czterech tygodni...proszę cię nie wysyłaj już nic nigdy...życzę ci fantastycznego życia..."...

Według swojej filozofii powinnam przyjąć to jak każde inne wydarzenie z mojego życia...powiedzieć sobie "co ma być to będzie" i iść dalej...ale ja nie potrafiłam...dla mnie czas się zatrzymał w miejscu...Za dużo rzeczy naokoło mnie nasiąkniętych było jego obecnością...Bo za dużo naszych codzienności przeplotło się...Jego zdjęcia...Książka której strony pachną jego wodą toaletową...głupie...? Dla mnie nie...Wszystko co mnie otacza, nadal przypomina mi A. ...

Stąpając w nostalgii na swojej drodze spotkałam kilka nowych osób...Ciepłe i rozumne charaktery które poświęciły mi mnóstwo czasu żeby wyciągnąć mnie z tej ciemnej i śliskiej jaskini smutku...Szkoda że teraz jesteśmy tak daleko od siebie...

Minęło już sporo czasu...Powoli staję na nogi...Chociaż nie wiem ile czasu zajmie mi żeby całkowicie znieczulić swoje serce na wspomnienia związane z A. Często mam takie sny że spotkykamy się z A. w różnych miejscach, przypadkiem...zawsze wtedy mówię mu "cześć" a on udaje że mnie nie widzi, tak jakby był na mnie zły, obrażony...Dopiero po drugiej próbie udaje mi sie nawiązać jakiś płytki i bolesny dialog...zaczynam płakać we śnie i kończę na jawie...Co jakiś czas pojawiają się takie sny i one skutecznie podcinają skrzydła mojej na nowo startującej duszy...Moja naiwność każe mi wierzyć że tak nie jest...Że A. by tak nie zrobił, nawet jakbyśmy się spotkali...Nie wiem...nie chcę o tym myśleć...Może to co powiedział jest czystą prawdą, a może nie...To wie tylko sam Pan Bóg, który napisał ten wielogatunkowy film...

Wokół mnie przemykają po kątach duchy nowego uczucia...Teraz to przybrało jakąś taką dziwną formę...zupełnie inną niż to było...wcześniej...Na razie nie pozwalam się sobie tak bardzo zakochać...Co prawda w pewnym hinduskim zbiorze złotych zasad jest napisane że miłość to coś w co należy inwestować wszystko co możliwe, bo to jedyna droga do prawdziwego szczęścia...Tylko ja nie potrafię zapomnieć ile energii, czasu i poświęcenia potrzebuje taka "inwestycja"...To są takie niematerialne wartości pochodzące z wnętrza człowieka...Działa to na takiej zasadzie, ze im więcej te wartości budują, tym bardziej pogłębia i wzbogaca się ich źródło...

Pewien zupełnie obcy człowiek przesłał mi taką oazową prezentację...Miał na imię Adel i pochodził z Izraela...To co chciał mi tam przekazać zawiera się w myśli "Nie smuć się, że coś się skończyło. Ciesz się z tego że się tobie przydarzyło"...Coś w tym musi być, bo Adel nie poznał tej historii...Powoli zaczyna do mnie dochodzić że najwidoczniej nie byliśmy sobie pisani...

Myśląc o tym wszystkim z pewnej odległości, zaczynam widzieć sens w tym co się zdarzyło, mimo tylu łez którymi to wszystko obmyłam...Gdyby nie A. nie odkryłabym tylu ciekawych uczuć, tylu dróg wyrażania siebie, nie obudziłaby się żadna z moich inspiracji...i nie miałabym tego czegoś, o co jestem duchowo bogatsza niż przed poznaniem A. ... Może to tak właśnie miało być...Może spotkaliśmy się wyłącznie po to, abym się nauczyła tak wielu rzeczy...? To wszystko zaczyna ponownie nabierać wyraźnego kształtu...

Brak komentarzy: