Image Hosted by ImageShack.us

"celowość"

Tą stronę...
każde moje słowo o zdarzeniach...
...I każde zdarzenie w słowach...
wszystko co dla duszy...
...I co dla ciała...
Każdą sekundę mojego życia...


This page...
every word about happening…
…And every happening in words
Everything what’s for mind…
…And for body
Each second of my life…

KONCENTRAT – wiele dodać, nic ująć…

Są różne teorie na temat kształtowania się osobowości. Jedni mówią, że charakter dostajemy w genach, drudzy że dziecko to niezapisana kartka papieru na której wdrukowywuje się całe otoczenie nowego obywatela Ziemi. Dla kontrastu kolejna grupa ludzi uzna wszystko co napisałam za brednie…
Ja jednak uważam że moja osobowość jest zbudowana na wszystkich moich wartościach, doświadczeniach i pomysłach. Jestem odbiciem swojego własnego wyobrażenia, mimo że wiem że moją postać wykreował Bóg, który jest Reżyserem Mojego Życia…

wtorek, 27 listopada 2007

Łzy, gorączka i egzamin...

Są w życiu takie chwile, które sprawiają głęboki ból, topiące poczucie bezsilności....Trudno jest się skupić na codzienności bo myślami podróżujemy w przyszłość...A niecierpliwość i oczekiwanie do nas wydzwaniają, nie dają spać, jeść, myśleć...Pozostaje mi tylko zachować spokój...modlić się...i wierzyć...Wśród tłumu ludzi zdaje się zostać samemu...Wtedy tylko Bóg na nas patrzy...I wreszcie pomaga nam wstać...Rękoma i słowem innych, naznaczonych ludzi...To są ci ludzie którzy widzą łzy twojej duszy i zatrzymują się przy Tobie, by pożyczyć ci chusteczki...
Jesteśmy prostymi istotami w skomplikowanej sytuacji...


**Bo jest paru ludzi...
bo jest parę w życi dobrych chwil...**

środa, 21 listopada 2007

Jesienno-zimowe porządki ciąg dalszy...

Układanie tak wielu spraw w mojej głowie okazuje się bardzo trudnym zadaniem. Niby mam prawie 20 lat, a po zwojach mózgowych czasami biegają takie myśli, że podejrzewać można byłoby moich rodziców o sfałszowanie daty urodzenia o jakieś 4-5 lat... Sama nie nadążam za tym co się ze mną teraz dzieje...
Zacznijmy od tego że pomysł zostawienia mojego awaryjnego kierunku studiów (pielęgniarstwo) był jak najbardziej ZŁY. Żałuję, cholernie żałuję. Nie dlatego, że wolałabym zostać pielęgniarką. Po prostu brak mi samego studiowania, ludzi, codziennej zmiany otoczenia, jakichś obowiązków...Takiej codzienności do jakiej przywykłam przez te wszystkie szkolne lata...Owszem, świadomość że mam masę czasu po to aby zadbać na nowo o 3 poprawkowo-maturalne przedmioty daje odrobinę poczucia usprawiedliwienia...
Niewątpliwie niedobór zajęć sprawia że noc miesza mi się z dniem, a coś takiego jak "poczucie czasu" drzemie sobie gdzieś w kącie mojej podświadomości. Moja inspiracja jest niedożywiona. Brak jej świetlistych grzanek na porannym słoneczku i aromatycznej esencji roześmianych uczuć...Ma mętne, zapłakane oczy i ciągle pokłada się po kątach mojej duszy, szczelnie okrywając się swoim ulubionym kocykiem z nadziei. Ale i kocyk należałoby uprać w dobrym płynie na odświeżenie kolorów...
Żyję dobrym słowem moich przyjaciół...Dużo się modlę i coraz więcej rozmyślam... Muszę sie sobą zająć...Zaleźć sobie twórcze i rozwojowe zajęcia...Pogodzić naukę z dynamicznym rytmem większej ilości zajęć...
Nie wiem jak przekonać Tatę o tym, że już wyrosłam z okresu gdzie większość podejmowanych przedsięwzięć paliła się "słomianym ogniem". Że studiowanie medycyny to jest właśnie to czego ja właśnie chcę i jestem pewna. Z tego tytułu pcham się na wolontariat do szpitala...Sprawdzić swoją wytrzymałość...
Moja głowa jest wyjątkowo oporna teraz na to co mi potrzebne do poprawy matury. Fizycznie zamykają mi się oczy nad podręcznikiem, chemia sprawia że wydziela mi się hormon snu, na co biologia odpowiada charakterystyczną reakcją na znudzenie...Dlaczego tak bardzo zajmują mnie rzeczy, które teraz powinny czekać na swoją kolej kiedy wszystko już bedzie zdane i poprawione...? Znachodzę tysiąc innych rzeczy do zrobienia, na które teoretycznie szkoda czasu...
Codziennie obiecuję sobie coś poprawić, zdyscyplinować...Na razie tylko "pływam", szukam dobrego, stabilnego punktu zaczepienia, który będzie podporą by odbić się od mojego dna...
Godzinna, telefoniczna rozmowa z moim Tatą załamała mi głos i zeszkliła oczy. Albo to mi dziś było łatwo dokuczyć albo to Tata miał wyjątkowo krytyczno-obiektywny humor którym dopiekł mi do żywego. Po raz kolejny wywlókł moje troski na zewnątrz przybierając je w wyszukane i bolesne słowa oraz szatę beznadziejności. To tak naprawte on mi powiedział po co do niego dzwonię i jak się mam, a nie ja wyżaliłam się o tym co mnie boli...
Takie jakie by to nie było trudne i mozolne solidnie sprzątam w swojej głowie...Jutro jest nowy dzień...Jutro jest kolejna szansa żeby znaleźć dobry, ciepły prąd w rzece czasu i dopłynąć nim do celu. Kubek chłodnej czekolady na dobranoc...Satysfakcja z dzisiaj? Niekoniecznie. Ale i stwierdzenie z uśmiechem że przecież nie każdy kadr z filmu jest idealny...

niedziela, 18 listopada 2007

...tęsknię...


"To człowiek człowiekowi najbardziej potrzebny jest do szczęścia..."
"Proszę Boga, aby mnie wysłuchał, ale nie zapominam dodać "Niech się stanie wola Twoja...""

**czytam "Podręcznik Wojownika Światła"...szukam iskierek...bo mi zimno...

wtorek, 13 listopada 2007

Niemalżebezsłownie...[! ! !]


...brak najważniejszego elementu ciąg dalszy...

...zero poezji, bo i czym nakarmić inspirację...?

Moja Mama i Babcia to nieopisane rasistki i nacjonalistki, starające się narzucić innym swoją wolę...nie mogę tego dłużej znieść, bo coraz bardziej wchodzą butami (brudnymi!) w moje życie...
Wywieszam tabliczkę: "Teren budowy. Nieupoważnionym wstęp WZBRONIONY!"...

Wstępna lista zaczerpnięta gdzieś głęboko z umysłu...?
1) WYJEŻDŻAM na studia jak najdalej stąd...

na razie tylko jeden punkt...

...nie stać mnie dziś na nic więcej...wybaczcie...

Dwa dni na dobę…


Czasami żałuję że dzień nie ma 48 godzin…W ogrodzie mojej duszy jest tyle drzew, kwiatów, owoców…To miejsce gdzie mieszka opiekunka moich wszelkich inspiracji…Ona ma na imię Ågaphe…To dar od Boga…Pójdę na spacer. Odwiedzę każdy, najmniejszy zakątek swojej duszy…Centymetr po centymetrze. Potrzebuję takich odwiedzin…Żeby dać radę szarej rzeczywistości. I zebrać trochę owoców, którymi będę mogła się podzielić z innymi…Czapka, szalik i … pióro...

Spacer…

Dziś poczułam się beztrosko jak dziecko…W pomarańczowo-brązowym od jesiennych liści parku każdemu krokowi towarzyszył dźwięk który zachęcał do pójścia dalej…Powietrze było takie przejrzyste, krystaliczne…słońce świeciło w szczególny sposób…takie jesienne promienie, niebo z jednej strony szarogranatowe, z drugiej słońce…Powietrze pachniało, smakowało…dobrze mi w nim było jak w chłodnej wodzie podczas upału…To taki czas kiedy wyostrzają się zmysły a słowa tańczą z uczuciami genialnie wyrażając dany moment, wszystko to, co mogłam poczuć…Dziękuję ci Boże za to wytchnienie, za nadzieję, za to że mogę to wszystko opisać, wyrazić, podzielić się z innymi…I za to że uważnie patrzysz na mnie z góry jak upadam i wstaję, jak się potykam i łapię znów równowagę…Dziękuję za tych którzy mnie podnoszą i za tych którzy mi pokazują świat ze swojego punktu widzenia, bo zyskuję coś, dzięki czemu moje życie nabiera kolorów…

Jesień…myśli…i perełki :)


Z jednej strony codziennie jest mi szkoda że nie postarałam się bardziej i nie studiuję teraz wymarzonej medycyny…Ale z innego punktu widzenia brakowało mi takich dni jak te, które teraz trwają…Te dni spokoju, życia we własnym rytmie, wśród własnych myśli…Tens spokój że teraz mam wystarczająco dużo czasu żeby solidnie zadbać o to wszystko, co jest dla mnie najważniejsze…Że mogę, że mam jeszcze tą jedną szansę dążyć do swojej doskonałości żeby potem zaczerpnąć trochę satysfakcji z wykonanej pracy…I ta świadomość tego, z jakiego ja błędu wybrnęłam…Z jakiej rażącej niestaranności, roztrzepania…Porażka w formie braku możliwości znalezienia się na liście przyjętych na AM jest trudna do przełknięcia…Nie można znaleźć dużego pocieszenia w tym że „nie tylko ja się nie dostałam” Nie…Na szczęście udało mi się uchwycić ten moment, ten przebłysk nowej nadziei…przypływ energii…Mam już jakieś doświadczenie…Plus nowy czas na naukę…spokój…ciszę…jeszcze tylko szczypta stabilności…Nil valenti difficile est…A więc dla chcącego nic trudnego…

piątek, 9 listopada 2007

Co mi w duszy gra…

Należę do tych, którzy wierzą w to że wszystko co ma się zdarzyć jest i tak z góry zaplanowane. Że absolutnie nic nie dzieje się przez przypadek... Nawet jeżeli nam się wydaje że tak nie jest, że to my planujemy i od nas wszystko zależy. Że te nasze wahania, problemy, podejmowanie decyzji – ze ostateczna decyzja należy do nas, to ja uważam że TO WSZYSTKO też jest wpisane w nasze osobiste scenariusze. Bo tak właśnie sobie to zaplanował Reżyser…Pozwólcie że teraz usiądę i przedstawię wam…



Scena: 19, akt: 9, ujęcie: I
„Z należytym szacunkiem i godnością zamykam w pamięci to co było. Z namaszczeniem zakonserwowane, oszklone wspomnienia zamykam w bezpiecznym miejscu. Temu co było, zawdzięczam to kim jestem teraz i podstawę do tego kim chcę zostać. Przypominam sobie tę rolę, odgrywanie siebie w swoim życiu, w tym niezwykłym filmie którego akcja rozgrywa się jednocześnie na tym samym planie wraz z życiem innych ludzi…Wspólna ziemska scenografia, sześć miliardów wielowątkowych historii…

A moja rola? Polega teraz na tym aby się podnieść ze swego dna, odbić i popłynąć ku górze. Postawić nowe cele obok starycg i do nich dążyć…

Nie dostałam się na medycyne…Konsekwencja moich niestarannych działan czy inny powód? W każdym razie, na pewno stało się to w jakimś celu, którego ja jeszcze nie znam…? Ten rok dostałam od losu na poprawę…Na walkę ze swoimi słabościami. Muszę nabrać prędkości…Wykorzystać swoją szansę na uzupełnienie swojego powołania…

W międzyczasie muszę przetrwać moją próbę miłości…Zahartować to uczucie tak jak się hartuje stal. Cięzkie chwile z kimś kogo się kocha nad własne życie to jak krople atramentu co wpadają do krystalicznie czystej wody…Jest mi bardzo ciężko, bo wbrew mojej woli nie umiem się na niczym skupić…Modlę się o to aby ta kropla rozeszła się tworząc tylko delikatną błękitną poświatę…Trzeba pamiętać że trudności uszlachetniają to czego dotyczą… To taka skomplikowana konstrukcja wydarzeń. Zebym się lepiej postarała. Żeby film był ciekawszy, życie lepiej smakowało…

To będzie scena bitwy…walki o miłość, powołanie i każdy mocny krok na własnej drodze życia…

Szkoda że nie potrafię znaleźć odskoczni na własne troski w uczeniu się. Przecież i tak szukam zajęcia które zabije czas oczekiwania zmiany na lepsze…Wątek miłosny przysłania mi całą akcję, która w przeciwieństwie do zwykłego filmu nie poczeka nawet na swojego głównego bohatera…Nie mogę na to pozwolić…

Usiadłam sobie na strychu, w tym samym miejscu w którym pewnego zimowego wieczoru, 10 miesięcy temu mogłam wyjawić miłości mojego życia to co do Niego czuję, a zaraz po tym posmakować każde wspaniałe słowo odwzajemnionego uczucia…

Przypomniało mi się teraz to co niedawno powiedział mi mój przyjaciel…”Im mocniej planujesz, tym los dotkliwiej ci dokopuje”…I znów chaos w głowie…Idę sprzątać…Powoli i konsekwentnie…zaczynam od strychu…czyli od głowy…"

Bo teraźniejszość zawdzięczam przeszłości…

Czasami człowiek musi zatopić się w ciszy, cofnąć w czasie jak najdalej może i wbrew kierunkowi upływu godzin przywołać ubiegłe lata… Nie chcę tutaj opisywać swego dzieciństwa ani streszczać biografii…Dochodzę do wniosku że nie chcę pamiętać swojej przeszłości…Nie chcę rozpamiętywać…Przeszłam tę drogę, która była dla mnie wyjątkowo trudna, cały proces kształtowania samej siebie…bolesny i sprzeczny…Ale podoba mi się efekt, więc co będę narzekać :) Przedstawię tylko efekty…Od teraz dla mnie będzie się liczyło to kim jestem teraz i kim chcę zostać pracując ciężko zdobywając „własną górę”.

Wyznając zasadę „myśl o jutrze, ale żyj dzisiaj” zaczynam nowy rozdział swego życia…stając się panią swojego chaosu z którym najwyższy czas zrobić porządek…

Image Hosted by ImageShack.us

czwartek, 8 listopada 2007

Zaczynam wątek – gdzie był POCZĄTEK…

Moje jestestwo…coś z „niczego” powstałe gdzieś nad brzegiem morza Północnego…Hehe…niesamowite…byłam tam, a nie pamiętam…W każdym razie wtedy właśnie zaczął realizować się mój własny scenariusz. Zaczeła się akcja filmu w którym ja gram siebie, główną rolę w moim Filmie….Człowiek sobie nie zdaje sprawy z tego jaki to cud zachodzi zanim zacznie przypominać człowieka…

Czerwiec, 1987, Bremenhaven, Niemcy…

Image Hosted by ImageShack.us(9 miesięcy metamorfozy…)

8 marca, 1988, Münster, Niemcy…

Image Hosted by ImageShack.us

…no to jestem...!! :) :)